21

Opowiadanie 2

lis

Oto drugie opowiadanie, które w pakiecie z Lalkarzem poszło na Talenty. Nie wstawiałam go wcześniej, bo uważałam, że ma zerową wartość rozrywkową i w ogóle, ale skoro dostałam tą nominacje, może jednak jest czegoś warte.
Dźwięcznego tytułu opowiadania tu nie umieszczam, ponieważ mam druzgocący talent do wymyślania obciachowych tytułów (biednemu Lalkarzowi dodałam Brygidę, i po co mu to było?). Wdzięczna nazwa  „Opowiadanie 2″ ratuje mój honor.

Akapitów nie ma, zjadł je blog.

- Taaak! Widzę, widzę! Niebieskooki sprzedawca futer twym przeznaczeniem. Widujesz go co miesiąc przejeżdżającego przez osadę? Trudno go nie zauważyć, drze się jak stare prześcieradło.. – widząc wielkie oczy dziewczyny, która widocznie nie spotkała się jeszcze ze słowem ‘prześcieradło’, szybko uderzył w swój wieszczy ton i kontynuował – w trzeciej kwadrze księżyca, podczas chwili nieuwagi handlarza, wśliźniesz się do jego wozu, i nie będziesz ujawniać przez cały dzień, i przez całą noc. Drugiej doby ukarzesz się mu, a on pojmie cię za żonę.
Na twarzy klientki rozlał się szeroki uśmiech. Dziewczyna rzuciła na stół skórzaną sakwę, która przyjemnie zabrzęczała, uderzając o prowizoryczny blat, i szczęśliwa wybiegła z namiotu, wzbijając tabuny kurzu z klepiska. Sasza z trudem podniósł się z krzesła, przeklął złamaną nogę, i mocno podpierając się na kiju wyszedł za namiot i spojrzał przed siebie.
Góry Kaukazu zachwycały go. Patrząc w prawo, wiedział, że zwrócony jest w stronę Azji, a kierując oczy w lewo,  w stronę  Europę. Nigdy nie pomyślał, że to miejsce stanie się jego więzieniem. Był bowiem początkującym spadochroniarzem, i tuż po lotach próbnych miał wybrać się na swoją pierwszą prawdziwą misję. Marzył o tym od dziecka. Niestety podczas obliczeń pilot widocznie się pomylił, i Sasza wyskoczył za wcześnie. Szczęście w nieszczęściu – spadł do tej osady i złamał jedynie kość piszczelową.
W Rosji krążyły opowieści o nie całkiem cywilizowanych ludach zamieszkujących doliny kaukaskie, lecz wszyscy uważali to tylko za bajkę, którą matki opowiadają dzieciom na dobranoc.
Baśń okazał się prawdą, a Sasza był tutaj już od miesiąca. Dzień po dniu coraz lepiej poznawał mieszkańców wioski. Nazywali siebie Ukuz i wielbili Pana z Rozpadliny. Owa rozpadlina była po prostu uskokiem tektonicznym, z którego raz po raz wydobywały się głuche jęki powodowane ruchami podłoża. Po poznaniu lęków swoich wybawców, młody spadochroniarz wpadł na pomysł perfidnego ich wykorzystywania. Uratowali mnie. I co z tego? Też był pomógł, chyba.. Patrole z Moskwy na pewno przeszukują okolice i wkrótce mnie znajdą. Przywitam ich jako gospodarz, majętny gospodarz.
A że Sasza zawsze miał bujną wyobraźnie, więc  przedstawił się Ukuz jako posłaniec Pana z Rozpadliny. Ludzie padli na twarze i od tego czasu z każdą wątpliwością przychodzą do ‘posłańca’, dziękując mu za te wspaniałe rady czystym złotem, wydobywanym z dna koryta rzecznego o raz kamieniami szlachetnymi.
Kto by pomyślał, że w tak małej, bo zaledwie stu osobowej społeczności, tyle się dzieje. Sasza wysłuchiwał zwierzeń kilku osób dziennie i coraz lepiej się bawiąc, puszczał wodze fantazji podczas ‘przekazywania informacji od Pana’. Gestykulował, wymachiwał rękoma, złowieszczo modulował głos i plótł, co mu ślina na język przyniosła. Swoimi wieszczymi uniesieniami sprowokował już kilka zabawnych sytuacji i był święcie przekonany, że nic złego stać się nie może.
Pewnego typowo rosyjskiego popołudnia, kiedy śnieg zacinał niemiłosiernie, do namiotu wtargnęła Greta. Greta była bardzo stara, pomarszczona i złośliwa. Jako żonie najważniejszego człowiek w wiosce, Ukuz kłaniali jej się w pas. ‘Trafiła kosa na kamień, co ja dla ciebie wymyślę, stara jędzo?’ pomyślał Sasza i wskazał Grecie zydelek przy stoliku. Kobieta zrzuciła grube futro i usiadła. Kilka razy próbowała zacząć mówić, aż w końcu zalała się łzami. W pierwszym momencie Sasza poczuł się niezręcznie, lecz po chwili był znów sobą. Dobrze ci tak, wiedźmo! Zawsze się na mnie krzywo patrzyłaś, a  teraz, jak masz problem przychodzisz z podkulonym ogonem.
Wstał i dobrotliwie poklepał staruszkę po plecach. Greta opanowała się i bardzo powoli zaczęła artykułować swoją wypowiedź. Chodziło mianowicie o to, że jej córka wraz z nowym mężem jest bardzo nieszczęśliwa. Sasza miał ułożoną dla niej typowo wieszczą odpowiedź. Zaczął niewinnie.
- Greto, czy Greta wie, cóż przyczyną nieszczęśliwości w związku jest?
- Wiem to doskonale. – powiedziała twardo.
- Tak więc rada jest prosta: zlikwidować przyczynę! A w tym celu.. – Kobieta nie czekając na dalszą część wypowiedzi, wstała rozpromieniona, ucałowała swojego ‘wybawcę’, rzuciła na stół ciężką skórzaną sakwę i wybiegła z namiotu. Sasza pozostał na miejscu osłupiały. A moje wywody? Nie dała mi pola do popisu, starucha.. I sfrustrowany wyszedł za namiot, by kolejny raz spojrzeć w stronę Azji.
Kilka dni później, od liczenia grudek złota oderwały go krzyki dochodzące z centrum osady. Wyszedł przed namiot. Dopadła go jakaś młoda dziewczyna bełkocząc coś o Grecie, ofierze dla Pana z Rozpadliny, morderstwie, dziecku.. Sasza poczuł niemiłe ukłucie w żołądku. Coś się święci.. Pobiegł w stronę namiotu wodza osady. Torując sobie drogę łokciami rozpychał się przed tłum gapiów. Gdy wpadł do zadymionego wnętrza owego skórzanego domostwa stanął osłupiały i zemdlał. Nie zdążył.
Okazało się bowiem, że przyczyną waśni nowożeńców było dziecko córki Grety z poprzedniego małżeństwa. Teściowa jako kobieta urodzona w tych górach nie znała litości. Była surowa niczym skała i silna niczym wiatr rozdmuchujący zaspy śnieżne. Miała na uwadze dobro własnej córki oraz jej przyszłość z nowym mężczyzną. Przyczyna problemów musiała więc zniknąć.
Wraz z tym potwornym dniem, który na długo pozostał w pamięci Ukuz, z wioski zniknął posłaniec Pana z Rozpadliny. Nikt nie wiedział, co się z nim stało. Jedynie pewien starzec mówił, że widział, jak posłaniec wrócił tam, gdzie jego miejsce. Do Pana i jego rozpadliny..

continue reading...

Leave a Reply