Właściwie jedynie opowiadanie mojego autorstwa, które na prawdę mi się podoba. Niestety edytor tekstu na moim blogu zżera akapity więc będę tworzyć je tak -> [ ]
Lalkarz i Brygida
[ ] Na ławce w parku siedział sobie wariat. Wariat ów znany był jako Lalkarz. Lalkarza nikt nie pytał o imię, ponieważ każdy wiedział, że Lalkarz jest Lalkarzem. Miał około czterdziestu, a może sześćdziesięciu lat, i wyglądał jak na obłąkańca przystało: długie zmierzwione włosy, rozbiegany wzrok oraz przesadnie kolorowy, ekscentryczny strój. Jego świat rządził się własnymi prawami. Nic nie robił sobie z zakazów, więc postawił swoją starą drewnianą dorożkę na trawniczku obok placu zabaw.
[ ] Lalkarz, jak łatwo zgadnąć, trudnił się wyrobem lalek. Cała ławka, na której siedział, zawalona była gałgankami, strzępkami materiału, kulkami waty, kłębkami wełny oraz wszystkim, co mogło się mu przydać. Chciał stworzyć jedyną i niepowtarzalną szmaciankę dla jeszcze nienarodzonego dziecka bardzo bogatej samotnej kobiety. Po doczepieniu ostatniej długiej i podkręconej rzęsy do plastikowej powieki poczuł nagłą chęć podzielenia się radością z powodu ukończenia zabawki z chłopcem, który nieśmiało przysiadł na brzegu ławki.
- Przywitaj Nikolette! – powiedział po chwili, a trzeba zastrzec, że pamiętał imię każdej z setekzrobione przez siebie lalek.
- Proszę? – niepewnie zapytał zdezorientowany chłopiec.
- No masz, przywitaj ją, to Nikoletta!
Młodzieniec w porę zrozumiał, że ma do czynienia z kimś niespełna rozumu.
- To może ja sobie pójdę, a pan poszuka tej klepki, co ją pan zgubił – rzekł opryskliwie i oddalił się.
[ ] Na świecie było wielu lalkarzy, ale Lalkarz był tylko jeden. Znali go wszyscy ludzie, którzy mieli wystarczająco dużo pieniędzy, by pozwolić sobie na jego usługi. Był on bowiem artystą niepowtarzalnym. Każda zrobiona przez niego zabawka miała duszę, niezwykły wyraz twarzy, a szklane oczy nie były tylko pustymi źrenicami, ale swoim spojrzeniem zdawały się przenikać w głąb osoby na nie patrzącej. On sam nie pamiętał już swojego imienia ani wieku. Nie wiedział też, skąd pochodzi ani gdzie jest jego dom. W swojej dorożce przemierzył już cały świat wzdłuż i wszerz i poznał wszystkie osobistości, z którymi znajomość zawrzeć chciałby chyba każdy człowiek.
[ ] Pewnego pochmurnego dnia Lalkarz, siedząc w swoim domu na kółkach, utwierdził się w przekonaniu, że ludzie są źli i jedynym jego dobrym przyjacielem może być twór ze szmatek i gałganków. Zebrał wszystkie swoje najcenniejsze materiały i wsłuchując się w podpowiedzi serca, zaczął zszywać, fastrygować, wypełniać i haftować.
[ ] Mijał miesiąc za miesiącem, a Lalkarz nadal pracował nad swoim dziełem. Przestał podróżować i wykonywać zlecenia; całkowicie poświęcił się swojemu pomysłowi. Zapomniał, jak rozmawia się z innymi ludźmi, i wcale mu tego nie brakowało. Nigdy nie był specjalnie towarzyski. Po czternastu miesiącach mógł uznać swoją pracę za skończoną.
– Witaj – powiedział, i długo wpatrywał się w swoje dzieło – W końcu jestem mistrzem. Nie jestem? Jestem. A ty jesteś moją Mistrzynią! Masz na imię Brygida. Brygida Mistrzyni. Kończę z robieniem lalek na zamówienie. Dosyć w swoim życiu zrobiłem i mam za to tyle pieniędzy, że będziemy z moją towarzyszką bytować dostatnio do końca naszych dni. Za nic będziemy mieć sobie cały ten zwariowany świat!
[ ] Owa lalka była ostatnią a zarazem najpiękniejszą, jaka wyszła spod ręki Lalkarza. Miała ładne kobiece kształty (swoją drogą ciekawe, skąd twórca wiedział, jak dobrać proporcje, skoro nigdy w życiu nie poświęcił pięciu minut uwagi żywej kobiecie?), łagodne i przyjazne rysy twarzy, rude loki, sięgające do pasa, porcelanową karnację oraz białą zwiewną sukienkę. W szklanych oczach Brygidy odbijał się cały geniusz i całe szaleństwo jej autora.
[ ] Tego dnia Lalkarz odkręcił koła od swojego wozu, a potem wybudował prowizoryczne ogrodzenie.
[ ] Mijał dzień za dniem, a mężczyzna coraz bardziej kochał lalkę. Była całym jego światem: ostatnią myślą przed pójściem spać i pierwszą po przebudzeniu. Szył dla niej coraz to nowe suknie, czesał wyblakłe włosy, polerował porcelanową twarz i przemawiał do niewzruszonego oblicza. Opowiedział jej całe swoje życie. Pewnego pochmurnego dnia, takiego jak ten, kiedy powstał pomysł stworzenia szmacianej towarzyszki, Lalkarz oświadczył się Brygidzie. Nie czekając na odpowiedź porwał lalkę i wybiegł na ulicę. Po drugiej stronie jezdni szła stara kobieta.
– Powiedz mi, co się robi, gdy się kogoś kocha? – zapytał wprost staruszkę. Kobieta zamyśliła się.
– Jak się kogoś kocha, to… Ja kiedyś kochałam Ignacego, więc wzięłam z nim ślub, ale…
Lalkarz nie czekał na koniec wypowiedzi, tylko ścisnął mocniej porcelanową dłoń i pobiegł przed siebie w stronę starego drewnianego kościoła. Wpadł na plebanię i krzyczał jak opętany, że potrzebuje ślubu. Zlecieli się księża i zaczęli wypytywać: kim jest, skąd się wziął i kto ma być jego żoną.
– Ona! – krzyknął i szarpnął w górę rękę Brygidy.
[ ] Na ławce w parku szpitala psychiatrycznego siedział sobie wariat. Wariat ów znany był jako Lalkarz. Lalkarza nikt nie pytał o imię, ponieważ każdy wiedział, że Lalkarz jest Lalkarzem. Miał około czterdziestu, a może sześćdziesięciu lat, i wyglądał właśnie tak,jak na obłąkańca przystało: długie zmierzwione włosy, rozbiegany wzrok oraz przesadnie kolorowy i ekscentryczny strój. Wpatrując się w wysokie mury, nerwowo szarpał rude włosy zniszczonej kukły, którą trzymał na kolanach.